
Soja przebojem wdarła się na polskie pola i z roku na rok zyskuje kolejnych zwolenników. Nie sposób się temu dziwić, jest to bowiem świetny łamacz zbożowego płodozmianu i nie wymaga nawożenia azotem. Nie jest to jednak uprawa pozbawiona wad, których doświadczamy na własnej skórze. Nigdy jednak na taką skalę, jak w bieżącym sezonie.
Czytaj dalej
W ostatnich latach uprawa soi w Polsce zyskuje coraz większą popularność, głównie ze względu na rosnące zapotrzebowanie na krajowe źródła białka roślinnego oraz możliwość ograniczenia importu śruty sojowej.
wyniosły nasz koszty zakupu kwalifikowanego materiału siewnego soi oraz dodatkowej szczepionki bakteryjnej.
Soja dobrze wpisuje się również w zasady nowoczesnego i zrównoważonego rolnictwa, ponieważ jako roślina bobowata wzbogaca glebę w azot, poprawia jej strukturę i zmniejsza potrzebę stosowania nawozów azotowych.
Dodatkową korzyścią dla rolników jest możliwość uzyskania dopłat do upraw roślin wysokobiałkowych oraz rosnące zainteresowanie rynku paszowego i spożywczego produktami pochodzącymi z krajowej soi.
Po raz pierwszy w historii naszego gospodarstwa soję wysialiśmy 3 lata temu. Przez ten czas udało nam się wypracować technologię, która jest całkiem dobrze dostosowana do realiów północnej części województwa podkarpackiego. Efekt? Plon sięgający nawet 4 t/ha w sprzyjających warunkach i na dobrej glebie. Z drugiej strony, gdy warunki były mniej sprzyjające, na lżejszych stanowiskach plon oscylował raczej w granicach 2 t/ha.

Nawet te niższe plony byliśmy w stanie zaakceptować, biorąc pod uwagę fakt, iż soja zostawia po sobie dobre stanowisko i schodzi z pola na tyle wcześnie, że spokojnie byliśmy w stanie po jej zbiorze wysiać pszenicę ozimą.
Dwukrotnie w ciągu trzech lat termin siewu soi przypadał na intensywną suszę wiosenną. Tutaj jednak pewnym rozwiązaniem jest świadome podejście do agrotechniki, by w jak najmniejszym stopniu dodatkowo przesuszać glebę. Ponadto praktykowaliśmy też nieco głębszy siew na głębokość 4-5 cm, co skutkowało w miarę równymi wschodami nawet na lżejszych glebach.
Główny problem, który obserwujemy od początku naszej przygody z soją dotyczy jednak szkodnika, a konkretnie gołębia grzywacza. W pierwszym sezonie szkody wyrządzone przez tego ptaka sięgnęły ok. 10 proc., dlatego przymknęliśmy na nie oko.

W kolejnym roku plantacja z tego samego powodu została już uszkodzona w 20-30 proc. Dlatego też tegoroczne siewy zaplanowaliśmy w zupełnie nowych lokalizacjach. Pod zasiew tej rośliny przeznaczyliśmy też rekordową w naszym gospodarstwie powierzchnię.
Pierwsze osobniki gołębi nieśmiało pojawiały się na polu już od siewu. Prawdziwa kulminacja nastąpiła jednak w momencie kiełkowania młodych siewek. Każdego dnia chmara ptaków narastała do setek sztuk żerujących w tym samym momencie.

Natychmiastowo zaczęliśmy obserwować zanikanie wyrządkowanych roślin. Ze względu na fakt, iż jedna z plantacji położona była w bliskiej odległości od zabudowy jednorodzinnej, nie mogliśmy skorzystać z hukowego odstraszania gołębi petardami, czy z wykorzystania armatki hukowej. Płoszenie ptaków z wykorzystaniem drona dawało chwilowy rezultat, jednak po krótkiej chwili nalatywały one na drugim końcu pola. Stało się więc dla nas jasne, że tej plantacji nie uchronimy.
19. maja, a więc dokładnie 20 dni od siewu podjęliśmy decyzję o zlikwidowaniu całej plantacji. Szkody wyrządzone w tym czasie przez ptaki sięgnęły ok. 90 proc. Straty na areale 8 ha? 10,5 tys. zł za kwalifikowany materiał siewny, kolejny tysiąc złotych za dodatkową szczepionkę. Do tego koszty paliwa i czas pracy.
Jak się okazuje, problem z gołębiami grzywaczami na plantacjach soi nie jest problemem jednostkowym. Często sugeruje się, by w związku z tym zagrożeniem wykonać wcześniejsze siewy.

A jaki to ma mieć związek z mniejszymi szkodami? Związek polega na cyklu lęgowym gołębia grzywacza. W okresie wysiadywania jaj i opieki nad pisklętami ptaki są bardziej związane z miejscem gniazdowania i mają mniej czasu na intensywne żerowanie na polach. Jeśli soja zostanie wysiana wcześniej i szybko przejdzie fazę kiełkowania jeszcze przed szczytem aktywności żerowej grzywaczy, ryzyko uszkodzeń młodych siewek może być mniejsze. Tyle przynajmniej w teorii.
Rok temu bowiem siew soi przeprowadziliśmy 18. kwietnia i szkody wyrządzone przez ptaki faktycznie były nieco mniejsze, ale z drugiej strony plantacja została uszkodzona przez falę przymrozków. Nawet w tym sezonie na niektórych polach kukurydzy 10. i 14. maja obserwowaliśmy przygruntowe przymrozki skutkujące „przyłapaniem” części liści. Można więc śmiało powiedzieć, że wczesny siew soi teoretycznie może nas uchronić przed gołębiami, z drugiej strony wystawia nas na dodatkowe ryzyko wystąpienia przymrozków. Z deszczu, pod rynnę.

Prawie 70 proc. naszego tegorocznego areału soi jest już zlikwidowane i przesiane kukurydzą. Czy zatem oznacza to definitywne odejście od tej uprawy w naszym gospodarstwie? Z pewnością dużo będzie zależało od plonu soi na plantacji, która przetrwała.
My z tej lekcji wyciągniemy wniosek, by już nigdy nie wysiewać soi na polach, które położone są niedalekiej odległości od zabudowań tak, by móc odstraszać gołębie armatkami, czy sznurami hukowymi. Obie opcje wiążą się jednak ze sporymi wydatkami, czy zatem warto będzie trwać przy uprawie soi mimo dodatkowych kosztów związanych z odstraszaniem ptaków? Takiej decyzji jeszcze nie podjęliśmy.
